Sprawa Dreyfusa

„Alfred Dreyfus był oficerem armii francuskiej żydowskiego pochodzenia. W 1894 roku został posądzony o zdradę i szpiegowanie na rzecz Niemiec , głównym dowodem w sprawie był rękopis przypisywanego mu listu. Oskarzony stał się idealnym kozłem ofiarnym, więc część opinii publicznej skazała go, nie czekając na dowody winy, gdyż to kim był wystarczyło, żeby bez sądu przycepić mu etykietkę zdrajcy. Antysemityzm i rewanżyzm 2 stosunku do Niemiec padły na podatny grunt, aby rozplenić się w społeczeństwie francuskim, a sprawa Dreyfusa przez dwanaście lat dzieliła

Degradacja Dreyfusa 13 stycznia 1895 rysunek z "Le Petit Journal"
Degradacja Dreyfusa 13 stycznia 1895 rysunek z „Le Petit Journal”

Francuzów na jego gorliwych obrońców – dreyfusardów i równie zaciekłych przeciwników – antydreyfusardów. Sam kapitan został skazany na dożywotnie wygnanie na Diabelską Wyspę na Gujanie. Upokorzono go dodatkowo publicznie, zdzierając oficerskie epolety na znak degradacji. Rodzina byłego oficera, a zwłaszcza jego brat, wierzyła w jego niewinność i postanowiła zrobić wszytko by wrócić mu dobre imię. Dość szybko znalazły się dowody, że sprawa nie jest tak prosta jak się niektórym wydawało. Gdy zaczęło się pojawiać coraz więcej wątpliwości co do winy Dreyfusa, jego publicznej obrony podjął się Emil Zola, który opublikował na łamach dziennika „L’Aurore” przejmujący list otwarty do prezydenta Felixa Faure’a, zatytułowany „Oskarżam!” (J’accuse!), w którym dowodził, że kapitana skazano niesłusznie. Artykuł wywołał prawdziwą burzę nie tylko we Francji, a jego autor został pozwany przez ministra wojny, generała Jeana-Babtiste’a Billota, oskarżony o zniesławienie i skazany na rok więzienia oraz grzywnę w J_accusewysokości trzech tysięcy franków. Mimo apelacji wyrok utrzymano w mocy, ale Zola już wcześniej opuścił Francję i udał się do Anglii. Zaangazowanie pisarza w aferę Dreyfusa pozwoliło nagłosić ją, a prawda ujrzała w końcu światło dzienne. Zola nigdy nie żałował tego co zrobił, chociaż przez 11 miesięcy musiał przebywać z dala od Paryża, poniósł ogromne straty finansowe związane z procesami i stał się celem obrzydliwych ataków francuskich nacjonalistów.

Nadanie sprawie rozgłosu i wskazanie osób odpowiedzialnych nie doprowadziły od razu do szczęśliwego zakończenia afery, a winowajca nadal przebywał na wolności, przez nikogo nie niepokojony. Emocje sięgały zenitu, zwłaszcza te złe, a tymczasem kolejny proces podtrzymał wyrok skazujący, chociaż uwzględniono okoliczności łagodzące. Sytuację we Francji obserwowała cała Europa, która z oburzeniem przyjęła upór w uznawaniu kapitana winnym. W wielu europejskich miastach zorganizowano antyfrancuskie manifestacje. Chcąc uniknąć trzeciego procesu oraz załagodzić atmosferę w kraju przed zbliżającą si Wystawą Powszechną, rząd zdecydował o

Zola uważał wyrok na Dreyfusa za hańbę Francji. W słynnym "J'accuse!" (Oskarżam!) pisał: "Zbrodnią jest szukanie oparcia w nikczemnej prasie i oddanie się w obronę hołocie Paryża". Na portrecie z lat 90. XIX wieku Alfred Dreyfus (Fot. AP)
Zola uważał wyrok na Dreyfusa za hańbę Francji. W słynnym „J’accuse!” (Oskarżam!) pisał: „Zbrodnią jest szukanie oparcia w nikczemnej prasie i oddanie się w obronę hołocie Paryża”. Na portrecie z lat 90. XIX wieku Alfred Dreyfus (Fot. AP)

ułaskawieniu Dreyfusa, co jednak nie zwróciło oskarżonemu honoru. Na to trzeba było jeszcze poczekać. Kapitan został ostatecznie uniewinniony i zrehabilitowany w 1906 roku. Wrócił w szeregi armii francuskiej i walczył bohatersko podczas pierwszej wojny światowej, otrzymując nawet Legię Honorową. W roku 1908, podczas uroczystości składania w Panteonie prochów Emile’a Zoli, został ranny, a człowieka, który do niego strzelał, nigdy nie skazano.

Szkody, jakie uczyniło to niesłuszne oskarżeni, były nieodwracalne. Chociaż wydawało się na początku, że skrajna prawica została zepchnięta na margines, a rozdział Kościoła od państwa dodatkowo umocnił oparte na braterstwie, równości i wolności idee republikańskie, to jednak podzielone głęboko społeczeństwo musiało żyć ze swoimi demonami,  które miały się obudzić jeszcze nie jeden raz. Po dziś dzień sprawa Dreyfusa jest bardzo bolesnym epizodem

Ferdinand Walsin Esterhazy
Ferdinand Walsin Esterhazy

we francuskiej historii, Prawdziwy zdrajca, Ferdynand Walsin Esterhazy, który przyznał się do winy, nie został ukarany i żył spokojnie w Anglii aż do śmierci.”

 

Tekst zaczerpnięty z książki „Paryż miasto sztuki i miłości w czasach Belle Epoque” Wydawnictwo Naukowe PWN

 

 


„22 XII 1894. Ogłoszenie wyroku w sprawie Alfreda Dreyfusa

Wtem ktoś puka do drzwi. Przynosi dwa dokumenty. Robią one na sędziach piorunujące wrażenie

Przed bramą pałacu przy Cherche-Midi, w którym znajduje się paryski sąd wojskowy, stoi gęsty, podwójny szpaler żołnierzy uzbrojonych w karabiny z nasadzonymi bagnetami. Jest wczesne popołudnie, zimno, leje jak z cebra.Na ulicy tłumy paryżan. Nikt nie stoi, wszyscy pośpiesznie maszerują w różne strony, zawracają i pędzą z powrotem. To skutek zakazu wystawania na ulicy Cherche-Midi obowiązującego dziś od godziny 13. Policjanci odpędzają przechodniów od wielkiej bramy gmachu sądu. Około 17 w pobliskiej kawiarni, w której zebrali się sprawozdawcy sądowi, rozchodzi się plotka, że rozprawa skończyła się i sąd wojskowy poszedł na finalną naradę. Tłumek dziennikarzy wypada z kafejki i biegnie w stronę bramy. Policjanci każą im odejść, ale reporterzy targują się. W końcu dostają zgodę na pozostanie, do czasu otwarcia bramy, między dwoma szpalerami wojska. Dziennikarze negocjują dalej i po półgodzinie dowiadują się, że na ogłoszenie wyroku mogą czekać na wewnętrznym dziedzińcu, przed schodami prowadzącymi do sali obrad.

Nagle rozlega się komenda: „Odsunąć wszystkich!”. Szerokimi kamiennymi schodami schodzi kordon gwardzistów, torując drogę oskarżonemu otoczonemu przez czterech żołnierzy. Kapitan Alfred Dreyfus, dość wysoki, szczupły, jest bardzo blady i wyraźnie garbi się. Przez dziedziniec eskorta przechodzi tak szybko, że zmusza Dreyfusa do biegu.

Wszystko zaczęło się przed trzema miesiącami. Francuska sprzątaczka w niemieckiej ambasadzie w Paryżu, niejaka pani Bastian, opłacana przez francuski kontrwywiad, znalazła w koszu na śmieci list napisany przez anonimowego francuskiego oficera. Autor oferował niemieckiemu attache wojskowemu płk. Schwartzkoppenowi pięć tajnych dokumentów, w tym notatkę o hamulcu hydraulicznym do dział 120 mm i najnowszy podręcznik nauki strzelania dla artylerii polowej. Kontrwywiad, ukrywający się pod szyldem „Sekcji statystyki”, zacieśnił krąg podejrzanych do oficerów sztabu generalnego. Ale który z nich zdradził? Kontrwywiad dedukował: to musi być artylerzysta, bo sprzedaje głównie dokumenty dotyczące artylerii, i zarazem stażysta w sztabie generalnym, bo tylko stażyści mają dostęp do innych wydziałów sztabu. Winnego znajduje się szybko: kapitan Alfred Dreyfus. Oficer artylerii, stażysta w sztabie generalnym. Co go obciąża? Po pierwsze – Żyd. Żydzi to, jak każdemu uczciwemu oficerowi wiadomo, naturalni zdrajcy ojczyzny. Po wtóre – pochodzi z zajętej przez Niemcy Alzacji. Często jeździ tam do rodziny. Po trzecie – zna kilka języków obcych, w tym niemiecki. Po czwarte – jest zdolny, pracowity, zabiega o awans, ignoruje zaś typowe rozrywki oficerów sztabu: karty, wino i wieczorne gadanie o polityce.

No i dowód kluczowy – list znaleziony w koszu niemieckiego attache. Wedle śledczych charakter pisma jego autora był identyczny z charakterem pisma Dreyfusa.

Prowadzący na początku śledztwo major du Paty de Clam wciskał Dreyfusowi do ręki rewolwer i usiłował zmusić go do samobójstwa. Dreyfus odtrącił broń, zapewniał, że jest niewinny. Eksperci grafolodzy w swych opiniach podzielili się – jedni za autora listu uważali Dreyfusa, inni twierdzili, że to niemożliwe. Ale francuscy dygnitarze wojskowi potrzebowali szybkiego sukcesu – Dreyfusa postawiono przed trybunałem wojskowym.

Rozprawa rozpoczęta przed trzema dniami była niebywałą farsą. Jej przebieg zaraz na początku został utajniony. Oskarżyciel stwierdził, że nie ma pojęcia, dlaczego kpt. Dreyfus miałby zdradzić, ale że zdradził, to rzecz pewna. Jedynym dowodem oskarżenia była kartka papieru znaleziona przez sprzątaczkę niemieckiej ambasady. Ale dwaj z pięciu przesłuchiwanych ekspertów grafologii wykluczyli oskarżonego jako autora listu. Dreyfusa obciążali świadkowie oskarżenia, w większości oficerowie kontrwywiadu. Najważniejszy, mjr Henry z „Sekcji statystyki”, stwierdził, że od osoby zasługującej na zaufanie dowiedział się, iż jeden z oficerów sztabu generalnego jest szpiegiem. Wezwany przez adwokata do ujawnienia informatora zasłonił się tajemnicą wojskową. Obecny na sali płk Picquart z kontrwywiadu wiedział, że tą „godną zaufania osobą” jest osobnik całkiem niewiarygodny, hiszpański dyplomata opłacany przez francuski wywiad, ale zataił to.

Jest dobrze po 17. Trybunał naradza się. Wojskowi sędziowie mają spore wątpliwości co do winy Dreyfusa. Zanosi się na uniewinnienie oskarżonego. Wtem ktoś puka do drzwi. To major du Paty de Clam. Przynosi pismo od ministra wojny do przewodniczącego trybunału. Na kopercie dopisek: „Otworzyć w czasie narady sądu”. W środku dwa dokumenty mające potwierdzić winę Dreyfusa. Pierwszy to przechwycony przez wywiad list attache Schwartzkoppena, w którym pisze on o jakiejś „kanalii D…”, szpiegu, który zaczął żądać zbyt wiele. Schwartzkoppenowi chodzi o niemieckiego agenta Dubois, ale minister dołącza osobistą notatkę: „Fakty, o których wspomina ten list, mogą odnosić się do kapitana Dreyfusa”. Drugi dokument to przechwycona depesza włoskiego attache w Paryżu, Panizzardiego. Przechwycona i cynicznie sfałszowana przez francuski kontrwywiad, tak, by świadczyła o winie Dreyfusa.

Dokumenty ministra robią na sędziach piorunujące wrażenie. Prezes trybunału płk Maurel stwierdza, że o ich istnieniu nie może się dowiedzieć ani oskarżony, ani jego adwokat. To niebywałe bezprawie, ale żaden z sędziów nie protestuje. Trybunał kończy obrady.

Na korytarzu żołnierze gwardii sprawdzają skrupulatnie przepustki i rewidują każdego wchodzącego. Woźny pojedynczo wpuszcza korespondentów na salę rozpraw, niedużą, na planie kwadratu, zastawioną ławeczkami i mnóstwem niskich drewnianych barierek. Na niewielkim podwyższeniu znajduje się nakryty zielonym suknem stół sędziowski. Na prawo – niewielka trybunka dla obrońcy. Po lewej – stół oskarżyciela i sekretarza trybunału. Między miejscami dla świadków a ławkami publiczności stoi szereg żołnierzy gwardii dzierżących karabiny z bagnetami. Jedynymi ozdobami ponurej sali jest wielki piec i ogromne płótno wiszące za stołem sędziowskim. Na czarnym tle wymalowano na nim Ukrzyżowanego.

Punktualnie o 19 drzwi sali narad otwierają się. Woźny wzywa donośnym głosem: „Baczność! Prezentuj broń!”. Wchodzą sędziowie. Pierwszy – prezes trybunału płk Maurel. Po jego prawej stronie zasiada pułkownik Echemann ze 154. pułku piechoty, po lewej – płk Florentin ze 113. pułku. Dalej płk Patron z pułku 154., płk Gallet z 5. pułku strzelców konnych, kapitan Roche z 39. pułku piechoty i kapitan Freysttveter z piechoty marynarki wojennej. Potem miejsca zajmuje oskarżyciel, major Brisset, sekretarz Valecalle i jeden z najlepszych francuskich obrońców – mecenas Demange. W sali sądu jest bardzo duszno. Odczytanie werdyktu trybunału w zgodzie z przepisami następuje pod nieobecność oskarżonego. Płk Maurel donośnym głosem ogłasza: „Wyrok!”. Członkowie trybunału kłaniają się. Przewodniczący oznajmia, że trybunał wojenny, po zbadaniu sprawy przy drzwiach zamkniętych oraz po otrzymaniu od przewodniczącego pytania, czy kapitan Alfred Dreyfus winien jest sprzedania mocarstwu zagranicznemu, lub jego pełnomocnikom, dokumentów dotyczących obrony narodowej, jednogłośnie orzekł winę podsądnego. W zupełnej ciszy płk Maurel wylicza paragrafy, na mocy których zapadł wyrok. I to już wszystko. Dziennikarze pośpiesznie wybiegają do swych redakcji. Nieliczni zatrzymują się na dziedzińcu. O 19.15 zaczyna się ceremonia odczytania wyroku oskarżonemu. Wedle tradycji winna odbyć się w obecności oddziału wojska. Podoficer ustawia pluton piechoty pod bronią, oficer dyżurny doprowadza kapitana Dreyfusa. Siąpi, nieliczne lampy gazowe słabo rozjaśniają zimowe ciemności. Sekretarz Valecalle odczytuje wyrok: degradacja i bezterminowe zesłanie do zamorskiej twierdzy. Dreyfus wysłuchuje wyroku w milczeniu i bez słowa pozwala się wyprowadzić do więzienia.

Na ulicy tłum rozchodzi się. Ktoś krzyczy: „Śmierć zdrajcy!”, ktoś zauważa: „Koniec sprawy”. Nikt nie przeczuwa, że to dopiero początek.”

Artykuł Gazeta Wyborcza, Duży Format,  z 22.12.2003 autorstwa Włodzimierza Kalickiego